Mam wielki osobisty problem z Frankowiczami! Bo chociaż na co dzień uwielbiam drapać
moimi przedsiębiorczymi pazurami, to jednak w środku bije we mnie gołębie lewicowe
serce, a jednocześnie nie toleruję demagogii i mam alergię na niemoralną sprawiedliwość.
Temat prawie wszystkim doskonale znany, ale nie przez wszystkich jednakowo odczuwany, a
w pełni zrozumiany zaledwie przez nielicznych. Bo frankowy medal ma przecież nie jedną, o
czym niestety najczęściej zapominamy, ale aż trzy społeczne strony: (1) tych, którzy pożyczali
we frankach, (2) tych, którzy pożyczali w złotówkach i (3) tych, którzy w tym czasie nie
pożyczali, a już co najmniej nie w formie kredytów hipotecznych.
Zanim jednak podzielę się moimi dalszymi wątpliwościami, pozwolę sobie na krótki historyczny
wykład z zakresu ekonomii politycznej na temat pożyczania (w przeciwieństwie do transakcji
wynikających z działalności komercyjnej) w obcych walutach. Problem bierze się po prostu
stąd, że ci, którzy dysponują płynnym kapitałem, chcą zarabiać i to najlepiej jak najwięcej, a
ci, co go nie mają i potrzebują, są na tyle zdesperowani (bo nie mają innego wyjścia) albo
naiwnie nieświadomi lub chciwi (bo taniej), że gotowi są zaryzykować spłatę w obcej walucie
w nieprzewidywalnie długim (z punktu widzenia sytuacji na rynku walutowym) okresie.
Proceder praktykowany prawie od zawsze, z długą i publicznie znaną listą ofiar tej,
powiedzmy sobie szczerze, walutowej formy kolonializmu.
„Bo ja chętnie sfinansuję Twój rozwój i w ten sposób na Tobie zarobię, ale nie chcę brać na
siebie dodatkowo ryzyka Twojej waluty, więc to Ty musisz to ryzyko wziąć na siebie. Jeżeli więc
zależy Ci na dalszym lub przyspieszonym rozwoju, albo już dzisiaj pragniesz czegoś, na co Cię
jeszcze nie stać, i nie ma na to wszystko w Twoim własnym kraju wystarczająco dużo
lokalnego kapitału, to skorzystaj proszę z moich zagranicznych wolnych środków, ale
wyłącznie na warunkach eliminujących po mojej stronie jakiekolwiek ryzyko walutowe.”
Tak było kiedy Polska budowała Hutę Katowice, kiedy Argentyny nie stać było na jej
populistyczny styl życia, kiedy Tygrysy Azjatyckie budowały swoje proeksportowe moce
produkcyjne i kiedy Rosja zaczęła finansować swoją mocarstwowość. Należy przy tym jednak
rozróżnić dwie możliwie bardzo bolesne sytuacje. Taką, kiedy oferujący kredyt ma prawo i
nagle żąda bezpośredniego zwrotu swoich środków lub ogranicza, albo wręcz likwiduje,
swoje zaangażowanie na publicznym rynku (co, jeżeli ma miejsce na większą skalę, prowadzi
zwykle do poważnych kryzysów ekonomicznych) od tej, w której pożyczający nie jest z
czasem w stanie obsługiwać swoich zagranicznych zobowiązań ze względu na zbyt daleko
idące zmiany w kursie wymiany.
Ale skoro od zawsze wiadomo było czym to się może skończyć, to ci, którzy na to pozwolili
(bo przecież wiadomo, że konsumencka naiwność nie ma żadnych racjonalnych granic!)
powinni być dzisiaj przywołani do tablicy i publicznie przypomniani, biorąc na siebie
społeczną odpowiedzialność i dobrowolnie skazać na banicję poprzez wycofanie z życia
publicznego. Ktoś powinien przecież wtedy odrobić naszą wspólną narodową pracę
domową.
Wracając jednak do istniejącego dzisiaj wielkiego problemu. Jeżeli pomożemy
Frankowiczom, to zapłacą za to – jako podatnicy – wszyscy Polacy, w tym sami Frankowicze,
ale ich cena będzie ograniczona i rozłożona w czasie. Wynagrodzimy jednak w ten sposób,
oczywiście w cudzysłowie, ich pazerność i współudział w wykreowaniu bańki cenowej na
lokalnym rynku nieruchomości, lub – co najmniej – ze wszech miar naganną naiwność.
Ukażemy też jednocześnie „Zlotówkowców” za ich strach lub rozsadek, a już na pewno za
pogodzenie się z pewnymi indywidualnymi samo ograniczeniami.
Co w tej sytuacji? Po pierwsze, potraktujmy niepożyczających (to ta trzecia, jakże rzadko
dostrzegana grupa) jako neutralny punkt wyjścia do wszelkich dalszych kalkulacji. Po drugie,
oszacujmy wartość strat relatywnie poniesionych przez Zlotówkowców w okresie, kiedy
Frankowicze zaoszczędzali na swoich kredytach. Po trzecie wreszcie i to dopiero wtedy,
policzmy relatywne straty Frankowiczów poniesione przez nich w stosunku do hipotek
zaciąganych dokładnie w tym samym momencie w złotówkach.
I co potem? Tak, pomóżmy Frankowiczom w pokryciu ich strat! Ale jednocześnie wypłaćmy
bonus Zlotówkowiczom, stanowiący równowartość ich rat „nadpłaconych” w stosunku do
kredytów we frankach. I nie zapomnijmy o wszystkich niepożyczających wtedy podatnikach,
którym dzisiaj przyjdzie za to wszystko również zapłacić. Może jakaś, rozłożona w czasie, ulga
podatkowa?
Drogo? Oczywiście, zwłaszcza w naszej obecnej sytuacji budżetowej! Łatwo? Z pewnością
nie, bo wymagać to będzie wielu czasochłonnych i kosztownych przygotowań!
Sprawiedliwe? Bardziej! I o to w całej tej sytuacji powinno teraz również chodzić.