Niewidomi, nalewając wrzątek do szklanki, z obawy o jego przelanie, ryzykują poparzeniem
włożonego do środka palca. Banki centralne zachowują się dzisiaj dokładnie tak samo jak
niewidomi, bo nie są w stanie zobaczyć konsekwencji swojego własnego działania. W tym
przypadku jest jednak pewna zasadnicza różnica. Bo zamiast szklanki mamy w globalnej
gospodarce wielką deflacyjną dziurę, którą próbujemy wypełnić inflacyjnym wrzątkiem i nie
ma takiego monetarnego palca, który mógłby ostrzec nasze inwestycyjne portfele przed
bardzo bolesnym poparzeniem.
Jedna z zasad inwestowania, w przeszłości bardzo powszechnie praktykowana, brzmi Don’t
fight the FED, co w wolnym tłumaczeniu na język zdrowego rozsądku oznacza: „Nie mocuj się
niepotrzebnie z monetarną potęgą banków centralnych i nie szukaj inwestycyjnego guza
wtedy, kiedy akurat podnoszą stopy procentowe. A ze swoją nadzieją na łatwiejsze i bardziej
bezpieczne zyski poczekaj spokojnie do czasu, kiedy będą je wreszcie obniżać”.
I tak właśnie, wręcz podręcznikowo, działo się po ostatniej wielkiej recesji, kiedy to banki
centralne – w obliczu historycznie słabego i niepokojąco nierównomiernego wzrostu
gospodarczego – wzięły na siebie odpowiedzialność za ponowne rozkręcenie globalnej
koniunktury, uwalniając dodatkowo z ich dotychczasowej roli i tak już nadmiernie zadłużone
rządowe budżety. Cala ta monetarna para poszła jednak głównie w inwestycyjny gwizdek,
prowadząc do niebezpiecznie wysokich wzrostów cen na wielu rynkach kapitałowych.
Po pewnym czasie nadeszło jednak inwestorskie opamiętanie, podyktowane przede
wszystkim obawami o sytuację ekonomiczną w Chinach i pogarszający się stan globalnej
gospodarki, czego najbardziej widocznym objawem były i wciąż są rekordowo niskie ceny
surowców oraz coraz mniej sporadyczne negatywne stopy procentowe wprowadzane przez
kolejne banki centralne. A że świat stanął już jednak trochę do góry nogami, najlepszym
chyba tego dowodem są duńskie hipoteki z ruchomym oprocentowaniem, dzięki którym
pożyczkobiorcy otrzymują teraz co miesiąc od swoich banków gotówkową rekompensatę za
zaciągnięty wcześniej kredyt. Nie wspominając już o wojnie o banknoty z największym
nominałem pomiędzy tymi, którzy uciekają od depozytów bankowych, do których trzeba
dopłacać i tymi, którzy chowają swoje dochody przed wymiarem sprawiedliwości. Dlatego
już teraz planujemy ich wycofanie z tak niegrzecznego obiegu.
Jednak pytaniem najistotniejszym w zaistniałem sytuacji, które powtarza się coraz częściej w
poważnych gronach inwestorskich i na które nie ma niestety jedynej mądrej odpowiedzi, jest
kwestia ewentualnego powrotu napięć inflacyjnych, co w nieunikniony sposób przełoży się
na wyższe stopy procentowe i co będzie musiało doprowadzić do poważnych strat
kapitałowych na rynku obligacji. Przy czym ci, którzy już dzisiaj dostrzegają takie ryzyko,
próbują zwrócić naszą inwestorską uwagę przede wszystkim na relatywnie dobrą sytuację
ekonomiczną w USA, na nieuniknione proinflacyjne konsekwencje tanich surowców i na
zaskakująco odporne na deflację wskaźniki na poziomie cen konsumenckich. Natomiast ci,
którzy w powrót inflacji wciąż nie wierzą i to pomimo narastającej monetarnej agresji ze strony
banków centralnych, twierdzą, że ogromny dług nagromadzony już teraz w światowej
gospodarce i że powstałe w poprzednich latach olbrzymie i bezsprzecznie nadmierne moce
produkcyjne, są jak gruba warstwa lodu, która nakrywa światową gospodarkę i która
schładzać będzie globalną koniunkturę jeszcze przez wiele długich lat.
Może dlatego właśnie inwestorzy odchodzą dzisiaj od wspomnianej przeze mnie na początku
zasady, nie wierząc tym razem w skuteczność banków centralnych, które od co najmniej kilku
lat przegrywają swoją publiczną wojnę o 2% poziom inflacji. No, bo o ile poniżej zera możemy
jeszcze obniżać koszt i tak już niepracującego kapitału? A na dowód tej tezy wystarczy tylko
spojrzeć na rynek amerykańskich obligacji skarbowych, który wycenia poziom przyszłej
inflacji, w perspektywie 5 do 10 lat, jedynie na poziomie około 1%.
Postępuje więc coraz bardziej widoczna polaryzacja ekonomicznych opinii i inwestorskich
postaw, ale tak naprawdę nikt już dzisiaj nie wie, kiedy do światowej gospodarki powróci
wreszcie ta upragniona teraz przez (prawie) wszystkich inflacja. Jednego możemy być jednak
pewni już dzisiaj. Reakcja portfelowego palca na inflacyjne poparzenie monetarnym
wrzątkiem będzie bardzo szybka, na czym najbardziej ucierpią ci najbardziej niewidomi
inwestorzy.