Gorący sezon na inwestycyjne przepowiednie mamy już poza sobą i jak zwykle można
odnieść wrażenie, że teraz już wiemy, niemalże z dokładnością indeksowego zegarka, co
przyniesie nam rynkowa przyszłość w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Tylko dlaczego tak
niewielu autorów inwestycyjnych horoskopów decyduje się po roku na szczegółową
weryfikację swoich wcześniejszych prognoz?
Pod tym względem inwestorzy, w swojej znaczącej większości, nie różnią się w żaden sposób
od czytelników prasy kolorowej, która chętnie podsuwa nam ładnie opakowane odpowiedzi.
Chcemy świata podanego w gotowej i smacznej pigułce, to go dostajemy. Poziom indeksu
WIG na koniec 2016 roku? Bardzo proszę! Cena złota i ropy za 12 miesięcy? Na życzenie! Kurs
złotówki do dokuczliwego franka przed następną wigilijną gwiazdką? Już się robi!
W swojej inwestorskiej naiwności, zaczytujemy się tymi obietnicami bez żadnego pokrycia, a
tymczasem wiadomo już od dawna, co było również przedmiotem szeregu naukowych
analiz, że naszą zdolność do przewidywania przyszłości na rynkach kapitałowych można
porównać najwyżej do szczęśliwej wygranej w niekończącej się grze losowej. Dlatego ci
wszyscy, którzy traktują swoje publiczne wypowiedzi prawdziwie profesjonalnie, obwarowują
wszelkie prognozy wieloma stosownymi uwarunkowaniami.
Tak właśnie postąpił John Authers (Financial Times), który w swoim noworocznym artykule
Alternative assets loom as best bet” wyraźnie podkreślił, że nie dosyć, że nie ma on (ani
ktokolwiek inny!) najmniejszego pojęcia o tym co może się wydarzyć w ciągu 12 najbliższych
miesięcy, to do tego wszystkiego, sam fakt końca roku kalendarzowego nie powinien mieć
żadnego wpływu na nasze długoterminowe inwestycyjne myślenie o przyszłości. A to, co
nam pozostaje i służy relatywnie najlepiej, to praca nad różnymi możliwymi scenariuszami i ich
postępująca weryfikacja w miarę rozwoju rzeczywistych wydarzeń.
Wszelkie rozpatrywane przez nas scenariusze powinny być jednak solidnie zakorzenione w
przeprowadzonych wcześniej analizach, aby w ten sposób uniknąć jakże częstego grzechu
emocjonalnej pobożności naszych własnych inwestorskich życzeń. A ponieważ już od dawna
twierdzę, że najważniejszym inwestycyjnym pytaniem na najbliższe dni, tygodnie, miesiące lub
lata (przyznaję, że nie mam najmniejszego pojęcia kiedy!) będzie inflacyjny początek wielkiej
bessy na międzynarodowym rynku obligacji, to pozwolę sobie teraz sięgnąć po dający do
myślenia materiał z rozsądnej analitycznej półki.
Na początku grudnia, Liz Ann Sonders, główny strateg inwestycyjny w firmie Charles Schwab
& Co, dokonała w swoim raporcie przeglądu wszystkich podstawowych metod wyceny akcji,
dzieląc je na dwie podstawowe grupy. Te, które sugerowały, że amerykański rynek akcji był
wtedy tani lub w miarę atrakcyjnie wyceniany i te, które przekonywały o jego cenowej
drożyźnie. Konkluzja, bez wdawania się we wszystkie terminologiczne i analityczne szczegóły,
była jednoznaczna. Wszystkie metody oparte wyłącznie o wartości związane z samym
rynkiem akcji, we wskaźnikowej izolacji od jego ekonomicznego i inwestycyjnego otoczenia
(druga grupa), wskazywały wyraźnie na ponadprzeciętne poziomy wyceny. Ale tak szybko,
jak we wskaźnikach pojawiały się wartości związane z aktualnym poziomem inflacji lub z
bieżącym poziomem stóp procentowych (pierwsza grupa), tak szybko rosła cenowa
atrakcyjność akcji wykreowana relatywnie w stosunku do rynku obligacji skarbowych z
nieistniejącą inflacją i historycznie najniższym oprocentowaniem w tle.
I w tym miejscu napotykamy na wielki inwestycyjny sęk. Międzynarodowy rynek obligacji ma
bowiem za sobą prawie 40-letnią hossę i z rozsądkowego punktu widzenia, obligacje
skarbowe w Niemczech, Japonii, Szwajcarii czy USA są już obecnie możliwie najdroższe.
Zakładając oczywiście, że żadna gospodarka oparta na długu nie wytrzyma znacząco
negatywnych stóp procentowych w dłuższym okresie czasu. Jednocześnie te same –
historycznie niskie – stopy procentowe, stanowią obecnie podstawę do wyceny wszystkich
pozostałych publicznych aktywów inwestycyjnych. Dlatego tak ważne jest zrozumienie ich
wzajemnych relacji cenowych.
W grudniu Bank Rezerwy Federalnej podjął wreszcie już od dawna wyczekiwaną decyzję –
chociaż nominalnie jeszcze o niemalże symbolicznym charakterze – o podniesieniu stóp
procentowych w Stanach Zjednoczonych. Nie doprowadziło to jednak na razie do żadnych
poważniejszych zawirowań na globalnym rynku obligacji, bo w tym samym czasie wszystkie
pozostałe duże gospodarki (Europa, Japonia i Chiny) wciąż przeżywają wyraźną
koniunkturalną zadyszkę. Inwestorzy nie są również przekonani co do konieczności
podejmowania kolejnych decyzji prowadzących do coraz wyższych stóp procentowych w
USA, czego najlepszym dowodem są wciąż rekordowo niskie wahania cen na rynku
amerykańskich obligacji skarbowych.
W najbardziej ryzykownym szybie globalnej obligacyjnej kopalni pojawiają się już jednak
pierwsze trącące oddech kanarki, które zwykle sygnalizują poważniejsze cenowe
niebezpieczeństwo. Tak właśnie zachowuje się od niedawna rynek tzw. obligacji
śmieciowych (wysokiego ryzyka, oferujących inwestorom najwyższe zadeklarowane stopy
zwrotu i najbardziej zbliżony swoim profilem do rynku akcji). Coraz bardziej niepokojące rysy
pojawiają się też na rynkach obligacji skarbowych krajów rozwijających się.
Jednocześnie, dla wielu inwestorów, gwałtownie spadające ceny akcji (uwaga na bessę
korporacyjnych zysków!) i rekordowo niskie ceny surowców oraz właśnie zachowanie
obligacji śmieciowych, stanowią obecnie wystarczający argument do tego, aby podjąć
kolejną próbę ratowania kapitału poprzez jego zaangażowanie na rynkach obligacji
skarbowych w krajach najbardziej rozwiniętych. Na razie inwestujemy więc w naszą wiarę w
deflację, ale do czasu.
Dlatego pozostała część roku inwestycyjnego 2016 musi nam przynieść wiele portfelowych
zakrętów, przed czym może nas jedynie uchronić nasze własne zdroworozsądkowe myślenie,
które nie patrzy w astrologiczny kalendarz.
Bo konia z rzędem temu, kto w swoich grudniowych proroctwach przewidział, że dzięki
Chinom amerykańskie giełdy zanotują najgorszy w swojej historii początek nowego
inwestycyjnego roku. A przecież były wskaźniki i to nie z kryształowej kuli, które ostrzegały!