Wraz z postępującą urbanizacją rośnie we współczesnym świecie rola miast, zwłaszcza tych
największych. I to one, obok globalnych korporacji, postrzegane są coraz częściej jako
autonomiczne źródło rozwoju dla narodowych gospodarek. Nadszedł więc może wreszcie
czas, aby na polskie – i to nie tylko wielkomiejskie inicjatywy – popatrzeć z zupełnie innej,
inwestycyjnej perspektywy?
To one generują olbrzymie ilości odpadów, ale to jednocześnie w nich pokładamy teraz
nasze wielkie klimatyczne nadzieje na walkę z globalnym ociepleniem. To one decydują też o
jakości oraz stylu życia ponad połowy ludzkości i to z nich wywodzą się najczęściej najbardziej
wpływowi gracze na krajowych i międzynarodowych scenach politycznych. Ale miasta (i
miasteczka!) to również aktywa i ważne centra logistyczne z kosztowną infrastrukturą, a
zarazem najwięksi na świecie … grupowi pracodawcy. Dlatego trudno jest mi sobie dzisiaj
wyobrazić konkurencyjne państwo bez efektywnie zarządzanych skupisk i aglomeracji
miejskich, oferujących nie tylko atrakcyjne warunki do życia dla swoich mieszkańców, ale
przede wszystkim korzystny i możliwie partnerski ekosystem dla pracodawców.
Nie wolno nam przy tym zapominać, że miasta najlepiej wspierają narodową gospodarkę
konkurując jednocześnie między sobą i to nie tylko o środki z centralnego budżetu czy
dotacje europejskie, ale przede wszystkim o obecność innowacyjnych firm i ich
przedsiębiorczych właścicieli, o życiowe wybory rozwojowych absolwentów najlepszych szkół
i uczelni oraz o środki inwestycyjne dostępne na publicznych rynkach. Tymczasem w wielu
polskich samorządach strategiczna debata o przyszłości zdominowana jest wciąż przez
krótkowzroczne myślenie o wydatkach budżetowych, a nie o przedsiębiorczym wykorzystaniu
dostępnych aktywów oraz inwestowaniu w atrakcyjne źródła przyszłych dochodów dla
jeszcze lepszej obsługi lokalnej wspólnoty.
Niestety, polska samorządowa przedsiębiorczość potyka się także wciąż o wiele systemowych
kłód, rzucanych jej pod coraz częściej zniecierpliwione nogi przez liczne nieprzemyślane
regulacje. Chociażby takie, jak wciąż obowiązujące przetargowe kryterium najniższej ceny
zakupu, a nie największej operacyjnej i finansowej efektywności pozyskiwanych urządzeń w
całym okresie ich użytkowania. Zbyt często też bardziej śmiałe lub mniej standardowe
działania traktowane są jako okazja do łatwego politycznego ataku pod groźbą prawnych
oskarżeń. Dlatego niektórzy samorządowi gospodarze machają w końcu zrezygnowaną ręką,
skazując siebie i reprezentowane przez siebie społeczności na anty innowacyjną ostrożność i
na przez nikogo nieatakowaną przeciętność.
Ale największym problemem jest chyba jednak mentalność samych samorządowców, którzy
– niestety jeszcze zbyt często, dla przyciągnięcia kołdry w swoją własną stronę – gotowi są
poświęcić wspólnotowe korzyści lub którzy wciąż nie rozumieją, że konkurencyjne zarządzanie
przyszłością miasta musi się wiązać z koniecznością podejmowania indywidualnego ryzyka.
Problemem z pozoru całkowicie odmiennym, ale w moim przekonaniu głęboko
zakorzenionym w tych samych zjawiskach, jest przekonanie niektórych samorządowców o ich
zdolności do samodzielnego wyboru możliwie najlepszych przedsięwzięć projektowych dla
miasta. Przy czym taktyką zbyt często praktykowaną dla ułatwienia podejmowanych wtedy
decyzji jest kopiowanie pomysłów realizowanych już wcześniej przez inne miasta.
W wielu miejscach toczą się oczywiście liczne i często niekończące się dyskusje, zatrudnia się
też różnych konsultantów lub ogłasza konkursy architektoniczne na zagospodarowanie
wybranych terenów. Ale czy ktoś słyszał o tym, aby jakieś miasto ogłosiło otwarty konkurs na
swoją przyszłość? Aby w języku miejskich samorządów pojawił się termin biznes plan? Aby
ktoś organizował warsztatowe szkolenia z samorządowej przedsiębiorczości czy
inwestycyjnych strategii dla miasta, na których wykładowcami byliby ludzie komercyjnego
sukcesu?
Nie tak dawno temu próbowałem przekonać samorządowców z pewnego relatywnie
dużego miasta aby wykreowali dla niego alternatywną przyszłość, którą mogliby
współfinansować używając jako zabezpieczenia zupełnie niewykorzystywane lokalne
aktywa. Zainwestowałem w ten proces swój czas i doświadczenie, tylko po to, żeby po kilku
miesiącach odejść ostatecznie od stołu. Bo kiedy na spotkaniu z przedstawicielami rady
miejskiej użyłem argumentu „gdyby na Waszym miejscu byli doświadczeni inwestorzy, to
moim zdaniem postąpiliby właśnie tak”, jeden z bardziej wpływowych lokalnych liderów
stwierdził wówczas bardzo autorytatywnie, że oni „nie są żadnymi inwestorami, tylko
samorządowcami”.
I na tym polega moim zdaniem jedno z naszych większych transformacyjnych wyzwań. Bo tak
długo, jak większość samorządowców nie zrozumie konieczności inwestycyjnego myślenia o
konkurencyjnym zarządzaniu przyszłością swoich własnych miast, tym trudniej będzie nam
spełnić nasze narodowe gospodarcze marzenia.